Litwa, Łotwa, Estonia - co zobaczyć z dzieckiem, podróże Montessori-friendly cz. 2: Sarema i Hiuma

W poprzedniej części relacji znajdziecie opis godnych zobaczenia miejsc na Litwie i Łotwie, a w tej części "samo mięsko", czyli rzecz o tym, co warto zobaczyć w Estonii. Dokładnie to na estońskich wyspach, bo cykl będzie miał jeszcze trzeci odcinek: o Estonii kontynentalnej. W tym kraju jest tyle do zobaczenia, że nie ma siły - w jednym artykule się nie zmieszczę.

Cały cykl jest poprzedzony ogólnymi informacjami o tym jak się sprzętowo przygotować na wyjazd z dziećmi.

Dlaczego podróżowanie w Estonii jest tak inne?

W poprzednim wpisie wspominałam, że Estonia jest wyjątkowa - ze względu na przyrodę, małą gęstość zaludnienia i skandynawską mentalność. Tymi słowami kieruje nie jednorazowe zachłyśnięcie się, bo w Estonii w sumie spędziłam ponad dwa miesiące na przestrzeni ostatnich piętnastu lat. Tym razem pierwszy raz podróżowałam samochodem, bo dotychczas podróże odbywałam z wiosłem w ręku ;)

Lipiec, godzina 23, Saaremaa. Zatrzymujemy się w drodze powrotnej na camping by popatrzeć na konie. W nocy temperatura spadała poniżej 10C, stąd malownicza mgła na zdjęciu.

Jest to o tyle istotna informacja, że na przestrzeni tych 15 lat nocowałam w dziesiątkach miejsc i nigdy nie spotkało nas nic złego. Bywały to nawet miejskie parki (za zgodą burmistrza) lub bagniste bezludzia ujścia Pedii.

Zdarzało się nam zdeponować nasze manatki i kontynuować wycieczkę "na lekko". Wyspy roztaczały nad sobą aurę dużego bezpieczeństwa. Na "kontynencie" tego typu numerów bym nie uskuteczniała.

Spanie za darmo w Estonii

Istotną informacją, z której należy zdawać sobie sprawę jest istnienie prawa All Man's Right / Freedom to Roam. Prawo wszystkich ludzi pozwala na swobodne przemieszczanie się przez tereny leśne, daje możliwość biwakowania i korzystania z darów natury (grzybów, jagód, roślin jadalnych), nawet w rezerwatach przyrody.

Nie, to nie jest nasza ułańska fantazja, żeby się tak rozbijać samochodem po plaży - tu było to w pełni legalne i znajdziecie sporo dróg, które właśnie tak malowniczo biegną przez piękne widokowo rejony. Saaremaa - Suuriku / Kuriku pank

Jak niesamowite jest to prawo pozwolę sobie zilustrować przykładem. Wyobraźcie sobie Polaków swobodnie pływających w Morskim Oku lub wchodzących bez ograniczeń do Siklawy. Abstrakcyjne, prawda? Estończycy właśnie mogą pływać w wodach najszerszego wodospadu tego kraju czy w jeziorach torfowiskowych najbardziej turystycznego rezerwatu Estonii. Jednocześnie idzie to w parze z ogromnym szacunkiem dla przyrody.

Szczegółowe informacje znajdziecie na stronie RMK (estońskie lasy państwowe). Restrykcje dotyczą rozpalania ognisk i spania w odgórnie narzuconych lokalizacjach (w przypadku rezerwatów).

W Estonii nie ma autostrad. Podróżowanie (a jeździ się przepisowo) z prędkością 90 km/h daje możliwość wypatrzenia takich widoków i zatrzymanie się by uwiecznić je na zdjęciu.

RMK jest niesamowicie pożyteczną organizacją z perspektywy turysty, ponieważ na ich stronie znajdziemy ogromny zasób informacji odnośnie rezerwatów przyrody oraz szlaków turystycznych. Poszperajcie na stronie, a wyruszycie z pokaźnym plikiem wydrukowanych z ich strony map (są w PDFach).

Ostatnią, najważniejszą sprawą, jest możliwość nieodpłatnego nocowania w przygotowanych miejscach biwakowych. Składa się na nie ruszt/miejsce na ognisko, nacięte drewno, miejsce zbiórki odpadów oraz sucha toaleta. Często miejsca biwakowe mają też wiatę i dostęp do wody (jezioro/rzeka/morze). Kto chce, może więc swoje wydatki wyjazdowe ograniczyć wyłącznie do paliwa dla pojazdu i paliwa dla żołądka. My tym razem nocowaliśmy na płatnych campingach, bo jednak przy małych dzieciach trochę jesteśmy za leniwi na życie bez ciepłego prysznica.


Wyszukiwarka darmowych miejsc biwakowych RMK

Zwróćcie uwagę jak długa jest lista miejsc biwakowych - wszak mówimy o kraju, który jest o 1/3 większy od województwa mazowieckiego, a ludności ma tyle co pół Warszawy.

Estonia: wyspy Muhu i Saaremaa

Przeskok z Łotwy (z campingu w okolicach Salacgrivy) do promu w Virtsu zajął trochę ponad 2 godziny. Bilet na prom kupiłam w Polsce, żeby uniknąć stania w kolejkach i ryzykowania, że się nie zmieścimy na promie. Tu sprawdzicie godziny promowań i kupicie bilety. W razie spóźnienia się na prom, bilet na konkretną godzinę staje się biletem do kolejki ogólnej ważnym przez kolejne 48 godzin. Cena promowania pojazdu z pasażerami zamyka się w 70 zł.

Port w Triigi - prom z Saremy na Hiumę.

Przy wjeździe do portu tablice rejestracyjne samochodu są skanowane i wyświetla się nr pasu, którym należy wjechać na prom. W trakcie płynięcia wszyscy pasażerowie udają się na pokład, gdzie jest kącik zabaw dla dzieci i można kupić ciepły posiłek.

Saaremaa jest największą wyspą Estonii i istnym rajem turystycznym. Nie przypadkiem w lokalnej informacji turystycznej dostaniecie darmowe przewodniki z listą stu miejsc godnych obejrzenia w rejonie Saremy. Zresztą informacje turystyczne są tu świetnie wyposażone i wszędzie dostaniecie całe stosy darmowych przewodników.

Muhu, kościół św. Katarzyny w Liiva

Prom z Virtsu przypływa do miejscowości Kuivastu na wyspie Muhu, która jest połączona z Saremą długą groblą. Nie należy uciekać z Muhu przed jej zwiedzeniem - jest to wyjątkowo ciekawa wyspa, kiedyś zamieszkiwana przez mniejszość słynącą z pięknie haftowanych ubiorów i szczególnych zdolności snycerskich.

Liiva, kościół św. Katarzyny - charakterystyczne dla wysp są kamienne murki porośnięte grubą warstwą mchów i porostów.

Przed poszukiwaniami miejsca na nocleg postanowiliśmy zwiedzić Muhu. W pierwszej kolejności obejrzeliśmy kościół obronny pod wezwaniem św. Katarzyny w Liiva, a następnie pojechaliśmy w stronę wybrzeża. Tam przespacerowaliśmy się po Üügu pank, czyli wapiennym klifie porośniętym ziołami, kwiatami i jałowcami.

Üügu pank - ścieżka nad klifami.

Niestety nie udało nam się zwiedzić skansenu na Muhu, a warto! Ruszyliśmy za to w stronę jednego z wielu campingów na Saremie. Wybraliśmy miejscowość Tehumardi, bo po rzucie oka na mapę spodziewaliśmy się mieć rzut beretem do plaży. Zapomniałam jednak, że w Estonii poziom zasolenia wody morskiej jest tak niski, że zazwyczaj brzeg porastają szuwary z trzcin ;) Za to na pocieszenie były poziomki, jeżyny, porzeczki i maliny.

Wyspa Saaremaa, Tehumardi, widok na morze.

Na Saremie spędziliśmy trzy pełne dni, bardzo intensywne. Większość czasu spędzaliśmy na zwiedzaniu, bo przy 110 km długości i około 50 km wysokości wyspy wszędzie da się dojechać w sensownym czasie.

Pierwszego dnia zwiedziliśmy zachodnią część wyspy. Zajechaliśmy w rejon Sääre, gdzie weszliśmy na latarnię morską Sõrve oraz pospacerowaliśmy po bardzo wąskim półwyspie.

Widok z latarni - estońskie wyspy pod dostatkiem mają takich długich półwyspów. Pod dostatkiem jest też postsowieckich zabudowań militarnych (porzuconych, ale dostępnych do zwiedzania). Kto wypatrzy na zdjęciu bunkier?

Do latarni przylega bardzo ciekawy punkt muzealny, idealnie przystosowany do zwiedzania z dziećmi. Jak w większości muzeuów w Estonii, tak i tu była sala zabaw.

Wystawa - na podłodze mamy zarys wysp: Saremy i Hiumy, a na tym miniatury (w skali) wszystkich latarni morskich.

Z Sõrve pojechaliśmy do Kuressaare, stolicy wyspy Saaremaa. Udaliśmy się w stronę fortyfikacji i zamku biskupiego - w środku jest potężne muzeum historyczne, a dla tych co wolą ruch jest plac zabaw wkomponowany w mury obronne. Wycieczkę zakończyliśmy na innym placu zabaw, nad samym brzegiem morza.

Słowem dygresji - większość małych jak na polskie standardy miast może się poszczycić potężnymi supermarketami (Coop, Selver, Rimi, Maxima). To było nasze podstawowe źródło aprowizacji. Nie mieliśmy z tym problemów, pomimo tego, że zestaw naszych 4 różnych diet jest karkołomny - bezglutenowa, bezmleczna, bezjajeczna, bezcukrowa. Dział garmażeryjny jest dobrze wyposażony i często samodzielnie skomponujemy sobie w nim sałatkę z dowolnie dobranych składników. Są marki oferujące produkty bez konserwantów.

Zegar słoneczny na klifie Panga - najwyższym na Saremie.

W lipcu w Estonii słońce zachodzi około 23.00, a ciemno robi się raptem na godzinę-dwie. Mogliśmy więc poszaleć ze zwiedzaniem i po Kuressaare zajechaliśmy na klif Panga. Panga mierzy ponad 20 metrów wysokości i zbudowany jest z wapieni i dolomitów. W pobliżu jest zegar słoneczny, ludowa huśtawka 8-osobowa oraz mnóstwo ogromnych mrowisk.

Krater Kaali.

Kolejny dzień zadedykowaliśmy Saremie północno-wschodniej. Na przystawkę mieliśmy krater Kaali, który jest jednym z dziewięciu kraterów otaczających wioskę o tej samej nazwie. Jego średnica to 110 m i jest datowany na XV-XVI w p.n.e.. Przy samym kraterze jest wiejska szkoła, gdzie gospodynie akurat sprzedawały robione na drutach szale z saremskiej wełny. Kiedy sobie je oglądałam moje dzieci objadały szkolne krzaki agrestu (przepraszam).

Angla, wzgórze wiatraków.

Po Kaali udaliśmy się do pobliskiej Angli. Wzgórze wiatraków w Angli to jedna z głównych atrakcji turystycznych Saremy. Znajduje się tu zagroda ze zwierzętami, mała wystawa oraz pięć wiatraków: cztery to saremskie koźlaki, a jeden to wiatrak holenderski z początku XX wieku. Wszystkie wiatraki są sprawne i mogliśmy do nich wejść.

Karja kirik.

Angla jest rzut beretem od kościoła luterańskiego pod wezwaniem św. Katarzyny (Karja kirik). To najmniejszy i najciekawszy kościół Saremy. Powstał na przełomie XIII i XIV wieku i utrzymany jest w stylach romańskim i gotyckim.

Słynie z tego, że spośród kościołów krajów bałtyckich, jest najbogatszy w kamienne rzeźby. Znajdziemy też w nim freski nawiązujące do motywów pogańskich, np. triskelion, czy pentagram. Ich znaczenie po dziś dzień nie zostało wyjaśnione.

Karja - dziwne malowidła sufitowe.

Po Karji, na chwilę zatrzymaliśmy się w Leisi, obejrzeć cerkiew (nie wstawiam zdjęcia) i kolejnym przystankiem było malownicze miejsce widoczne poniżej.

Jaani, kościół św. Jana

Jaani to po estońsku "Jan", nie dziwne więc, że lokalny kościół jest pod wezwaniem św. Jana. Budowlę okalał mur pięknie poprzerastany mchem i porostami.

O ile powiem, że Estonia to stan umysłu, to nie będzie to dalekie od prawdy. Nam przeszkadzają drzewa w skrajni jezdni, a im nie przeszkadza dąb rosnący na środku miejskiego boiska do piłki nożnej.

Orissaare, dąb na środku stadionu.

Gdy przeczytałam o tym drzewie, to uznałam, że muszę je zobaczyć na własne oczy! W Orissaare naprawdę jest dąb rosnący na środku stadionu do piłki nożnej.

Siódmą rzeczą, którą zafundowaliśmy sobie tego dnia była piesza wycieczka przez torfowiska. Był to mini-treking przez torfowisko Koigi, położone na wschodzie Saremy.

Koigi, trasa przez torfowiska.

Trasa okazała się dość długa, bo ponad 5 km, ale dzieci fantastycznie sobie poradziły. Młodsze na rowerku biegowym i pieszo, a 4-latka w całości na własnych nogach.

Spacerując przez torfowiska warto wypatrywać powyższych skarbów: malina kamionka, bagno, malina moroszka (jedyny znany mi owoc, który niedojrzały jest czerwony, a dojrzały pomarańczowy), mięsożerne rosiczki, chrobotek reniferowy, brzoza karłowata (w Polsce tylko reliktowo).

Początek szlaku wiódł błotnistą groblą, następnie ścieżką przez las wysypaną zrębkami, dalej była kładka drewniana, która szybko przeszła w dość wąskie metalowe ażurowe deski, często lekko zanurzone w wodzie i podparte oponami.

Koigi, metalowa ścieżka podparta oponami - nie mam pojęcia skąd wytrzasnęli te szyny, ale podejrzewam, że kiedyś był to jakiś wyrób militarny.

Na początku trasy była wieża widokowa. Legenda głosi, że w bagnie zatopiony jest skarb, ale nam akurat nie udało się go znaleźć, za to różnorodność trasy sprawiła, że nie było narzekania "kieeedy koniec?".

Koigi, jezioro na środku torfowiska.

Tym sposobem dochodzimy do trzeciego dnia pobytu na Saremie (ostatniego pełnego dla nas). Na warsztat wzięliśmy Saremę północno zachodnią. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od jednego z kilku skansenów na wyspach - Mihkli Farm. Byliśmy jednymi z raptem kilku gości zwiedzających muzeum tego dnia.

Mihkli Farm - skansen na północnym zachodzie Saremy.

Skansen jest o tyle ciekawy, że XVIII i XIX wieczne zabudowania nie były przenoszone - to wszystko zabytki wsi Mihkli. Ukazują architekturę typową dla zachodniej Saremy, z kamiennymi murkami i dachami z trzciny. Teren muzeum porastają majestatyczne jesiony.

Mihkli, kościół.

Dalej udaliśmy się do XII-wiecznego kościoła luterańskiego w Mihkli, jednego z najstarszych w Estonii. W jego pobliżu znajduje się ciekawa kamienna dzwonnica. Mieliśmy niepowtarzalną okazję obejrzeć kościół od środka, w tym wejść na chór.

Mihkli, dzwonnica.

Po kościele w Mihkli wybraliśmy się na kolejną pieszą wycieczkę, na półwysep Harilaid. Z racji tego, że trasa liczyła ponad 11 km to z radością zobaczyliśmy, że da się wypożyczyć rowery z siedzonkami dla dzieci.

Półwysep Harilaid - w dali majaczy krzywa latarnia.

Ponad połowę trasy przejechaliśmy na rowerach, które następnie zostawiliśmy na wydmie (zgodnie z sugestią wypożyczającej).

Krzywa latarnia na półwyspie Harilaid.

Dalej szliśmy już pieszo plażą, aż doszliśmy do cypla, obok którego jest latarnia morska Kiipsaare. Wybudowana na morzu w 1933 roku, często stoi przekrzywiona w wyniku ruchów piasku na dnie morza.

Przez całą wyprawę spotkaliśmy tylko kilka zbłąkanych dusz. 

Sympatyczna Estonka, od której wypożyczaliśmy rowery poleciła nam wybranie się na klify, Kuriku pank oraz Suuriku pank. Miejsca kompletnie nieuczęszczane, do których dojeżdża się przez porzuconą bazę wojskową.

Suuriku pank, pank to po estońsku klif.

Estonia: wyspy Hiiumaa i Kassari

Po trzech i pół dniach zwiedzania Saremy przenieśliśmy się na drugą największą wyspę Estonii - Hiumę. Popłynęliśmy promem z Triigi do Soru (tu kupisz bilety, należy uważać, bo jak się przegapi godzinę promowania, to bilet przepada).

Mangu, pole campingowe. Aha, nie wspominałam, ale większość z pól namiotowych miała ogólnodostępną kuchnię i ewentualnie pralkę (za dodatkową opłatą).

Okazało się, że na Hiumie jest dużo mniej turystów, a jeśli są, to głównie Estończycy. Do tego wyszło, że na samej Hiumie najprawdopodobniej jest tylko jedno pole namiotowe (drugie ponoć jest na Kassari). Zamieszkaliśmy w Randmae puhketalu (talu to zagroda) w wiosce Mangu.

Camping w Mangu jest malowniczo położony, nad samym brzegiem morza.

Kolejny dzień był wyjątkowo zimny i ulewny. Zdecydowaliśmy więc, że udamy się do wsi Vaemla, gdzie jest fabryka włóczki wełnianej. Z zaskoczeniem odkryślimy, że robią ją na XIX wiecznych maszynach z Białegostoku. Dzieci nabyły sobie dwie owieczki z wełny od owiec, który wypasały się pod fabryką Hiuu Wool.

Hiuu Wool - budynek fabryczki
Estonia słynie z wyrobów z wełny i jałowca.

Z Vaemli udaliśmy się na wyspę Kassari, która jest połączona z Hiumą dwoma mostami. Trafiliśmy do pięknej podupadającej kaplicy cmentarnej w Kassari. Miejsce wyjątkowo wilgotne, całe poprzerastane bujnymi porostami, dość tajemnicze. Dach XVIII-wiecznej kaplicy pokryty jest strzechą z trzciny.

Kassari, kaplica - prawda, że tajemniczo?

Z Kassari zajechaliśmy na wschodni skraj Hiumy, do barokowego dworu Suuremõisa. Obecnie mieści się w nim muzeum, gimnazjum oraz szkoła policealna - ogrodnicza, rybacka oraz stolarska. Pałac otoczony jest przecudnym ogrodem. Ciekawostką była możliwość wejścia na strych, gdzie obok radzieckich map kurzył się portret Lenina.

Suuremõisa, pałac.
Cudny ogród prowadzony przez uczniów ogrodnictwa.

Na koniec dnia zajechaliśmy jeszcze do Long House Museum w Kardli. To tu w XIX wieku tkano popelinę. Muzeum okazało się umiarkowanie ciekawe.

Kardla, Long House Museum

Wieczorem przestało lać, więc poszliśmy nazbierać jagód oraz odwiedzić przypadkowo odkrytą kaplicę cmentarną w Mangu.

Mangu, kaplica w pobliżu naszego campingu.

Kolejnego dnia mieliśmy podejście do zwiedzenia kościoła w Reigi, ale niestety był zamknięty.

Reigi, kościół.

Ruszyliśmy dalej, w kierunku latarni morskiej Kõpu. Datowana jest na początek XVI wieku, co czyni ją najstarszą latarnią na Bałtyku. Dawniej wspinano się na nią po drabinach przytwierdzonych do zewnętrznych ścian i utrzymywano ogień na jej dachu. Obecnie można wejść na szczyt latarni korzystając z wewnętrznej klatki schodowej.

Latarnia morska Kõpu - jedna ze sztandarowych atrakcji Estonii.

Ponownie trafiliśmy na wyspę Kassari, tym razem w celach spacerowych. Postanowiliśmy przejść kilkukilometrową trasę na szczyt półwyspu Sääretirp i z powrotem.

Sääretirp - rzut oka w kierunku Hiumy - tędy przyszliśmy.

Cypel jest niesamowicie wąski i ciągnie się przez tereny obfite w roślinność (jałowce, jeżyny, porzeczki, poziomki, maliny kamionki) oraz awifaunę. Legenda głosi, że półwysep powstał, gdy olbrzymy próbowały połączyć Hiumę z Saremą rzucając głazy w morze, tak by powstała grobla.

Sääretirp - rzut oka w kierunku Saremy.

Dzieci dzielnie dały radę przejść cały szlak, pomimo gorącej pogody. Ich siłą napędową były krzaczki z owocami, więc wycieczka odbywała się w trybie "od krzaczka do krzaczka".

Aż ciężko uwierzyć, że ten ponadkilometrowy półwysep jest dziełem przyrody.
Sääretirp - widok w pełnej okazałości. Chodzenie po wodzie nabiera tu nowego znaczenia.

Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy na Hiumie była latarnia morska Tahkuna. Mając 43 metry jest najwyższą latarnią w Estonii, a zbudowana jest z żeliwnych modułów.

Latarnia morska Tahkuna.
Obok latarni znajduje się pomnik poświęcony dzieciom poległym w katastrofie promu Estonia w 1994 roku. Przy sztormowych wiatrach dzwon pomnika sam rozbrzmiewa.

Kolejnego dnia świtem ruszyliśmy do Heltermaa na prom w stronę Haapsalu. Lecz o tym przeczytacie w kolejnym odcinku ;)

Podoba Ci się to co robię? Chcesz być na bieżąco? Jeśli zainteresował Cię ten artykuł, to zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku

Author image
Spiritus movens mamtonakoncujezyka.pl, posiadaczka dwójki dzieci i trzech par rąk (od czasu założenia bloga)