Co dało (blisko) 6 lat dwujęzyczności zamierzonej?

O dwujęzyczności piszę już od 4 lat, a po angielsku rozmawiam z moimi dziećmi od blisko sześciu lat. Raz w roku staram się podsumować moje obserwacje i podzielić się rzeczami, które się sprawdziły i tymi, które nie zdały egzaminu. Piszę o tym, dla tych, którzy mają dzieci trochę młodsze niż ja i zastanawiają się jak to będzie za parę lat u nich wyglądać.

Poprzednie podsumowania znajdziesz w następujących artykułach:

Jak się komunikujemy? Ile czasu poświęcamy na język angielski?

Ostatni rok, z racji pandemii, dzieci spędziły głównie pod opieką rodziny. W sumie do przedszkola od pierwszego lockdownu chodziły około 4 tygodni. Całe wakacje spędziliśmy wraz z polskojęzyczną rodziną. Teraz mamy wsparcie dziadków, którzy sporo czasu spędzają z wnukami. Oboje z mężem jesteśmy na pracy zdalnej, co ma wpływ na rozkład procentowy języków. Obecnie to w 60% angielski i w 40% polski.

Im dalej wlazł tym bardziej odpuszczam ze stosowaniem sztywnych reguł komunikacji. OPOL nie jest Świętym Graalem dwujęzyczności. Zdarza mi się rozmawiać z dziećmi po polsku, choć nie robię tego często, bo przyzwyczaiłam się do mówienia po angielsku. Książki czytamy i omawiamy w języku lektury. W trakcie spotkań z rodziną lub znajomymi przełączam się między polskim a angielskim. Terapię logopedyczną prowadzę po polsku. Im dziecko starsze, tym więcej jest miejsca na luz i mniej obaw, że zepchniemy je w stronę używania języka większościowego.

Od jakiegoś czasu w bardzo ograniczonym zakresie wprowadzam hiszpański - niestety ostatnio padam na pysk ze zmęczenia (etat, blog, książka, opieka nad dziećmi, terapia), więc wszelkie inicjatywy edukacyjne z mojej strony są znikome. To, że tyle robię daje też wyobrażenie, że każda z rzeczy, którą wykonuję zajmuje mało czasu. Celowo plany terapii mamy tak ułożone, że do specjalistów chodzę raz na dwa tygodnie lub rzadziej, po to by ustalić listę zadań na kolejne parę tygodni i zgłosić się potem do kontroli postępów.

Czy ciężko być rodzicem dziecka dwujęzycznego?

Po pierwsze stwierdzam, że z czasem jest coraz łatwiej - raz ugruntowany język rozwija się spontanicznie. Zdarza mi się pytać córki (6 lat) o tłumaczenie słów, których notorycznie zapominam. Niewątpliwie też jej akcent jest lepszy od mojego.

Dzieci traktują język angielski jako podstawowy język komunikacji w rodzinie. Po angielsku rozmawiają ze sobą, choć czasem słyszę, że przełączają się na polski na dłuższe przedziały czasu. Do mnie zwracają się wyłącznie po angielsku, do męża w 80% również. Jeden z dziadków jest postrzegany przez dzieci jako dwujęzyczny i tu też zdarza mi się słyszeć angielskie dialogi.

W ciągu ostatniego roku udało nam się parę razy spotkać z dziećmi dwujęzycznymi i tu, ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że bez moich wyjaśnień dzieciaki natychmiast załapały specjalistyczną nomenklaturę w stylu "pinky promise" - nie spodziewałam się, że znając "goły" język dzieci są w stanie tak szybko załapać kontekst kulturowy, który nie jest im tak dobrze znany.

Z synem (4 lata) nie jest już tak różowo jak ze starszą córką - pomimo mojego nieustannego parafrazowania niepoprawnych struktur gramatycznych nadal widzę, że na okrągło robi te same błędy (haves zamiast has). Do tego dochodzi wada wymowy i zasób słownictwa, który jest poniżej średniej. Tu od trzech miesięcy zawzięłam się, żeby wyprowadzić temat mówienia na prostą i widzę gigantyczną poprawę.

Codzienne ćwiczenia z mówienia początkowo zajmowały około 15-30 minut. To głównie wywoływanie głosek i utrwalaniu ich. Udało mi się nawiązać współpracę ze wspaniałą logopedą z naszego przedszkola, która była w stanie opracować plan działania nawet przy bardzo ograniczonych możliwościach kontaktu z dzieckiem. Przez chorowanie w tym roku byłam jeden (!) raz u logopedy. Na marginesie dodam, że dobry logopeda poradzi sobie z dzieckiem dwujęzycznym, niezależnie od tego czy ma doświadczenie z dwujęzycznością czy nie.

Z moich obserwacji terapia prowadzona w jednym języku prowadzi do poprawy artykulacji w obu językach. Kluczowa jest tu determinacja w wykonywaniu ćwiczeń. W tej chwili zajęcia logopedyczne zajmują nam około 5-10 minut dziennie. Z chwilą gdy syn sam zaczął dostrzegać poprawę, jego motywacja gwałtownie urosła.

Dla zobrazowania skali problemu - w tej chwili do rozgryzienia zostały głoski szumiące oraz R (na które możemy jeszcze poczekać), a także angielskie "TH" (dźwięczne i bezdźwięczne). To niewiele, bo trzy miesiące temu blisko połowa głosek języka polskiego albo nie występowała, albo była realizowana niepoprawnie.

Zabawne jest to, że córka, przysłuchując się temu, co się dzieje załapała o co chodzi z wywoływaniem głosek i udało się jej brata nauczyć wymawiać "ż".

P! Lift your tounge up like you would like to lick some honey of the top of the inside of your mouth. OK, now make a lawnmower sound.

O dziwo metoda córki zadziałała ;)

Z innych ciekawostek, to widzę, że to o co często rodzice mają obawy, czyli "że nie uda się przekazać smaczków językowych", jest bezpodstawne. Dzieciaki słowotworzą na potęgę - np. dowiedziałam się, że

ketchapity is when it's a pity you've run out of ketchup.

Do jakiej szkoły chcę posłać moje dzieci?

U nas sprawa rozbija się o wybór między edukacją domową a poszukiwaniem szkoły poza systemem, która by odpowiednio wsparła rozwój moich dzieci. Przy czym jeśli szkoła, to nie mam zamiaru szukać takiej, która by była dwujęzyczna.

Powody są dwa:

  • uważam, że to ja zadbam o rozwój językowy moich dzieci i nie potrzebuję dodatkowego wsparcia z językiem angielskim - wolę, żeby w szkole skupiono się np. na hiszpańskim
  • mam złe zdanie o placówkach dwujęzycznych - niestety w wielu przypadkach są to miejsca gdzie dwujęzyczność jest chwytliwym sloganem

Oczywiście znane mi są dobre szkoły dwujęzyczne - pracując w projekcie Bilingual Future poznałam wielu nauczycieli, którzy prowadzą tego typu placówki. Zarazem niejednokrotnie przeglądałam oferty różnych innych szkół na Facebooku i odkrywałam kwiatki w postaci uwiecznionych na zdjęciach byków w pisowni lub nagraniach dialogów z nauczycielem, które pozostawiają wiele do życzenia.

Dwujęzyczność i czytanie/pisanie

Z czasem z dużo większym spokojem podchodzę do kwestii nauki czytania i pisania w obu językach. Dużo osób pisze do mnie z pytaniem na jaką czcionkę czy metodę nauki się zdecydować. Po paru latach stwierdzam, że kwestia wyboru duże litery/małe litery jest wtórna do całego wysiłku umysłu, który idzie w syntezowanie dźwięków, które z głosek w sumie tworzą cały wyraz. Dziecko, które umie czytać spokojnie przesiądzie się z jednych liter na drugie w tydzień czy dwa (nawet jeśli nagle by rzucić dziecku bukwy zamiast alfabetu łacińskiego). Po prostu nie tu leży ciężar wyzwania nauki czytania.

Co się tyczy kolejności nauki czytania w obu językach to u nas oboje dzieci najpierw opanowało czytanie po polsku. Czemu? Z dwóch powodów:

  • Język polski jest językiem fonetycznym, więc nauka jest tu prostsza.
  • Funkcjonując w Polsce dzieci w sposób naturalny były wystawione na treści w języku polskim - szyldy, tablice rejestracyjne, ulotki itp.. To na tym moje dzieci dostrzegły, że pismo istnieje i zainteresowały się czytaniem.
  • Choć sama polecam, żeby wspierać język mniejszościowy i to w nim warto rozpoczynać czytanie, to nie chciałam narzucać dzieciom wyboru. Jednocześnie nie miałam poczucia, że czas nas goni - skoro pojawiła się faza wrażliwa na czytanie i dzieci samorzutnie zaczęły wybierać sobie materiały do czytania, to pozwoliłam na naturalny bieg spraw. Tu dużą rolę odgrywa też brak mojego czasu.

Syn (4 lata) czyta na razie wyłącznie po polsku. Ciekawie prezentuje się historia z córką. Cztery miesiące temu czytała całe akapity w miarę płynnie po polsku, a po angielsku z wysiłkiem składała słowa.

W grudniu usiadłam z Anetą do szykowania sekwencji materiałów do nauki czytania i podsunęłam je młodej do przeczytania. W ciągu trzech tygodni okazało się, że sama rozszyfrowała wymowę wyrazów po angielsku. Cztery miesiące później jest w stanie przeczytać pełnowymiarową książkę z rozdziałami. Wszystko odbyło się na zasadzie rozumowania przez analogię i dopasowywania brzmienia znanego wyrazu do zapisu na papierze. Co ciekawe umiejętność czytania po angielsku nie spowodowała, że rozwinęła się umiejętność poprawnego pisania po angielsku. Nadal w zapisie angielskich słów widzę, że przebija polska fonetyka.

Co się tyczy pisania, to fantastycznie sprawdził się ruchomy alfabet, o którym niedawno pisałam.

Z jakich materiałów korzystamy?

Przez pandemię zrobiło nam się w domu "domowe przedszkole" z dwójką pracujących rodziców. Bywa ciężko, dlatego naszym wybawieniem są audiobooki i podcasty - systematycznie przesłuchujemy kolejne odcinki z listy, którą stworzyłam w zeszłym roku. Sporo czytamy - trochę nawet po hiszpańsku. Widzę, że dzieci zaczynają samodzielnie sięgać po książki i je czytać dla własnej przyjemności. Raz dziennie dzieci mają 40 minut czasu ekranowego - są to głównie filmy na YouTube lub HBO. Poza okazjonalnymi audiobookami po polsku całość treści audio/video jest u nas w języku angielskim - to jest wyjaśnienie czemu dzieci mają lepszy akcent ode mnie i czemu znają słowa, których ja nie znam.

Jak wiecie sporo materiałów edukacyjnych przygotowuję sama, z przedszkola zostały nam książki ćwiczeń - te wchodzą w użycie, gdy dzieci chcą posiedzieć przy stole ze mną i coś podłubać jak ja pracuję.

Co na to rodzina i otoczenie?

Zdaję sobie sprawę, że w chwili gdy podejmuje się decyzję o wprowadzeniu drugiego języka w sposób zamierzony potrafi zrobić się niezłe zamieszanie. Pojawiają się dyskusje, głosy sceptyków. Spieszę z uspokojeniem wszystkich przerażonych - po paru latach nikt nawet nie zwraca na to uwagi. To po prostu działa i po paru latach nie ma tematu. Przez ostatni rok nawet na ulicy nie zostałam zaczepiona ani razu.

Podoba Ci się to co robię? Chcesz być na bieżąco? Jeśli zainteresował Cię ten artykuł, to zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku

Author image
Spiritus movens mamtonakoncujezyka.pl, posiadaczka dwójki dzieci i trzech par rąk (od czasu założenia bloga)